Procedura i podstępność Kijowa – moc UPA i strategiczna głupota

Prezydent Zełenski jest cynicznym graczem, który gra tak ostro, jak tylko może sobie na to pozwolić. Nie warto jednak przeceniać jego przebiegłości i traktować każdego kontrowersyjnego gestu jako jego osobistej decyzji. Zatrzymanie dostaw rosyjskiej ropy na Węgry było działaniem celowym. Natomiast nadanie jednej z jednostek imienia UPA i wywołany tym skandal to raczej efekt szeregu niefortunnych zbiegów okoliczności oraz siły mediów społecznościowych.

Oficjalna procedura nadawania nazw jednostkom wojskowym jest ściśle określona ustawami i rozporządzeniami prezydenta. Ostateczną decyzję podejmuje co prawda głowa państwa, jednak nie ma wiarygodnych dowodów na to, by prezydenci Poroszenko czy Zełenski osobiście lobbowali za konkretnymi nazwami.

Kluczowym momentem w zmianie wizerunku ukraińskiej armii był 2016 rok, kiedy prezydent Petro Poroszenko zatwierdził nowe wzory umundurowania i oznak. Dokument ten formalnie zakończył erę symboli radzieckich i zapoczątkował proces desowietyzacji. Od tego czasu nazwy i emblematy jednostek powstają w wyniku oddolnych propozycji żołnierzy oraz opinii specjalistycznych centrów przy Sztabie Generalnym. Komisje te, złożone głównie z oficerów w stopniu od kapitana do pułkownika (często z wykształceniem historycznym), oceniają, czy dana nazwa lub symbol wpisują się w przyjęte wytyczne ideologiczne – przede wszystkim geograficzno-historyczne powiązania jednostki oraz nawiązania do tradycji walki z Rosją po 2014 roku.

Ukraiński historyk Jarosław Hrycak ujawnił niedawno, że jedna z jednostek miała początkowo otrzymać imię Klyma Sawura. Ostatecznie jednak zdecydowano się na nazwę „Bohaterów UPA”. Decyzja ta pokazuje, że na Ukrainie istnieje świadomość ryzyka zaognienia stosunków z Polską.

Warto przypomnieć, że już w 2012 roku Polska nieformalnie dała do zrozumienia Kijowowi, że jej zastrzeżenia wobec kultu UPA dotyczą wyłącznie gloryfikacji osób bezpośrednio odpowiedzialnych za zbrodnie wołyńskie – takich jak Kłym Sawur czy Roman Szuchewycz.

Podobnie wygląda sytuacja z emblematami. Każdy może samodzielnie sprawdzić, czym był „wilczy hak” w symbolice Azowa i co kryje się za hasłem „Idea Narodu”. Incydenty z indywidualnymi naszywkami o charakterze neofaszystowskim (Black Sun, Totenkopf, sporadycznie swastyka) zdarzały się głównie w latach 2014–2015, a pojedyncze i bardzo publiczne przypadki pojawiały się również po 2022 roku.

Zmiany symboliczne w armii ukraińskiej nie zawsze przebiegały gładko. W 2017 roku wprowadzono bordowe (maroon) berety dla wojsk desantowych, co wywołało protesty wśród części żołnierzy przyzwyczajonych do błękitnych. W 2018 roku w Mikołajowie, podczas uroczystości z udziałem prezydenta Poroszenki, część piechoty morskiej odmówiła wymiany czarnych beretów na nowe, w kolorze „fali morskiej”. Reformy były jednak konsekwentnie realizowane.

Po 2022 roku, gdy w armii znacząco zmalała liczba osób przywiązanych do radzieckiej tradycji, centra odpowiedzialne za heraldykę i nazewnictwo wyraźnie skręciły w stronę symboliki nawiązującej do UPA. O tym, jaki etos kształtuje dziś ukraińską armię, można by pisać długo.

Ciekawym przykładem jest postać Georgija Tarasenki – bohatera Ukrainy i dowódcy ochotniczej jednostki Fraykor. Jego przypadek pokazuje, jak bardzo zmieniła się tożsamość ukraińskiego wojska po 2022 roku i jak może ona wyglądać w przyszłości – zwłaszcza w kontekście ewentualnej integracji z Unią Europejską.

Dla zwykłego ukraińskiego żołnierza nazwy jednostek i emblematy są dziś jednak sprawą drugorzędną. Najważniejsze problemy to demobilizacja – brak jasnych zasad określających, na jakich warunkach i kiedy można opuścić służbę – oraz wynagrodzenie. Podstawowy etat na tyłach wynosi obecnie niecałe 1700 zł, podczas gdy ochroniarz w supermarkecie zarabia około 3200 zł. Ministerstwo Obrony pod kierownictwem Mykhaila Fedorowa zapowiedziało już reformę, która ma uregulować długość służby oraz podnieść żołd.

Polski czytelnik powinien pamiętać jedno zdanie, które Zełenski wypowiedział jeszcze w 2020 roku podczas Monachijskiej Konferencji Bezpieczeństwa. Powiedział wówczas, że „nie ma czasu na myślenie strategiczne”, bo każdego dnia musi zajmować się pilnymi sprawami taktycznymi. To zdanie dobrze oddaje charakter podejmowanych przez niego decyzji – często reaktywnych, a nie wynikających z długofalowej, przemyślanej strategii.


Eugeniusz Bilonozko

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *