Gorzkie lekcje sąsiedztwa

Mit propolskiej Ukrainy i prawda o migracji

Wydaje się, że społeczeństwo ukraińskie odebrało polskie oburzenie jako cios wymierzony w swoją godność oraz bezceremonialną ingerencję w sprawy wewnętrzne. Z kolei społeczeństwo polskie uznało zachowanie władz ukraińskich za skrajną niewdzięczność, niemalże podłość.

Niektórzy ukraińscy komentatorzy, wymachując szabelką, przechwalają się: nauczyliśmy się produkować dużo dronów, jesteśmy teraz potęgą militarną i nie musimy już szczególnie wsłuchiwać się w głos Polski. Gorzko się to czyta: jak można, nieco nabrawszy sił, zapomnieć o tym, kto kiedyś nie pozwolił nam upaść?

Polscy komentatorzy aż bledną z żalu, ale w większości wzywają własne władze do powściągliwości. Zatapiają się natomiast w mściwych fantazjach o tym, jaka to ruina i zapaść gospodarcza czeka Ukrainę po wojnie – a przecież Polska i tak jest już daleko do przodu, Ukrainie nigdy nie dane będzie jej dogonić. Ten rodzaj Schadenfreude też nie robi dobrego wrażenia.

Polska – jak mówią analitycy – przez wiele lat inwestowała w to, by mieć na swojej wschodniej granicy spokojną i przychylną Polsce Ukrainę. Doktryna wschodnia Giedroycia, granty, programy edukacyjne (żałuję, że za młodu nie załapałam się na coś podobnego – może do Charkowa to nie docierało, a może moja młodość minęła i odpłynęła już zbyt dawno temu).

Jednak wymarzona propolska Ukraina, przyznają Polacy z goryczą, nigdy nie powstała. Wystarczy byle spór, a w świadomości Ukraińców natychmiast odżywają stare podręcznikowe narracje o „polskich ciemiężycielach, okupantach i odwiecznych wrogach”. W próbach zjednania sobie Ukrainy Polska poniosła klęskę – wzdychają.

Stało się jednak coś innego. Polska jednak czerpie zyski ze swoich wieloletnich inwestycji w Ukrainę, aczkolwiek w zupełnie inny sposób. Od kilkunastu lat z Ukrainy do Polski płynie kapitał ludzki.

Jak się okazało, proces ten trwał jeszcze przed pełnoskalową wojną. Z mojego doświadczenia: w 2017 roku, gdy z powodu braku finansowania posypała się moja praca w charkowskim czasopiśmie literackim, poszłam do agencji tłumaczeń i dość długo pracowałam tam jako tłumaczka. Pamiętam niekończący się strumień dokumentów do tłumaczenia: ludzie szukali zatrudnienia w Polsce (wówczas potrzebowali jeszcze specjalnego dokumentu od pracodawcy), wysyłali tam swoje dzieci na studia (najczęściej, rzecz jasna, nie na darmowe, tylko na płatne, a zatem była to opcja dla osób względnie zamożnych). Charków był usiany agencjami pod szyldem „Praca w Polsce” (czasem nawet w języku rosyjskim). Przestojów nie było – zleceń zawsze miałam pod dostatkiem.

Jeśli wierzyć statystykom, przed rozpoczęciem pełnoskalowej wojny w Polsce mieszkało i pracowało około 1,5 mln Ukraińców. Nie chodzi o rdzenną mniejszość ukraińską, tylko właśnie byli to nowi migranci zarobkowi.

Nie warto chyba wspominać, jak korzystna dla polskiej demografii okazała się wojna na Ukrainie. Jeden z polskich analityków przyznał, że aż niezręcznie mu mówić o tym, jak wiele Polska na tym zyskała. Migranci, którzy chętnie uczą się polskiego i podejmują pracę, wypełniając strategicznie ważne sektory gospodarki: budownictwo, hotelarstwo i gastronomię, sprzątanie, pielęgniarstwo. Migranci, z których większość stanowią kobiety i dzieci. A te dzieci mają wszelkie szanse stać się Polakami.

Na początku lat 1990ch Ukraina liczyła 52 mln mieszkańców, a Polska około 38 mln. Obecnie w Polsce, choć mediana wieku społeczeństwa wzrosła, liczba ludności pozostaje niemal taka sama – 37–38 milionów. Ukraińców na terytorium Ukrainy pozostaje szacunkowo tyle samo, a może i mniej.

Chciałabym w tym miejscu cichutko przytulić te moje Rodaczki, które żadnej emigracji nie planowały, tylko – jak to ujmuję – wyrzuciła je za granicę fala uderzeniowa. Widuję je tu często i to właśnie one stanowią moją główną próbę obserwacyjną, w przeciwieństwie do tego, co czasem wygadują polscy szowiniści. Dla nich Ukrainka w Polsce to jakaś dziewuszka o akrylowych paznokciach i silikonowych ustach, obwieszona złotą biżuterią, często jeszcze mająca u boku adoratora w drogiej bryce, który uciekł z kraju poprzez schemat korupcyjny.

Dla mnie Ukrainki w Polsce to przede wszystkim kobiety w średnim wieku, pracujące jako kasjerki w supermarketach, kelnerki i panie na zmywaku, a także sprzątaczki – bądź, jak niegdyś żartowano, „menedżerki ds. cleaningu”. Czasem taka „menedżerka ds. cleaningu” to kobieta z wyższym wykształceniem (dwa razy trafiły mi się nawet panie o tytule doktorskim). Triggeruje mnie to i gnębi, przypominając o niesprawiedliwości świata – o tym, że czasem, jakkolwiek się staramy – uczymy się, pracujemy, próbujemy dźwignąć się z nędzy, ta nędza i tak idzie za nami, przygniatając aż do ziemi. A jednak te kobiety nie tracą godności – kurczowo trzymają się namiastek normalności: płacą za wynajem mieszkania, często same wychowują dzieci (bo mężowie nie mogą wyjechać z Ukrainy), samodzielnie rozwiązują codzienne problemy. Nie są winne sporów polityków i często wręcz nie mają dokąd wrócić.

…Oczywiście mnie to boli i chciałabym, aby było inaczej. Aby nie było wojny i aby ziścił się pierwszy scenariusz Polaków: spokojna, zamożna i przychylna do Polski Ukraina, która w ślad za Polską dołącza do Unii Europejskiej. Aby nie tylko Polska była magnesem dla Ukraińców, ale też Ukraina dla Polaków. Aby wymiana ludności między naszymi krajami była symetryczna, a nie z dramatycznym przechyłem w jedną stronę. Ale czyżby było nam dane wybierać sobie czasy i wydarzenia?

Może naiwnością z mojej (i nie tylko mojej) strony było wierzyć, że ludzkość zmądrzała, a wojny i tragedie XX wieku są już przeszłością. Epoka jest taka, że w okamgnieniu połowa naszych rodaków zaczyna we wczorajszym sojuszniku widzieć niemalże wroga. Ludzkość nie mądrzeje – jesteśmy skazani na życie wśród głupich i złośliwych, których dzięki mediom społecznościowym widać jeszcze lepiej. Przepraszam za snobizm, a zresztą… nie, nie przepraszam.

„Ludzie się zmienili – pisał Pantelejmon Kulisz – nie zmieniły się udręki i zmartwienia, które ich nawiedzają na tym padole.

Kogóż winić za rzeczone udręki i zmartwienia?

Nikogo albo wszystkich.

Winni są Rusini, wielce winni za swoje warcholstwo w kraju, którego nie utrzymali i samodzielnie nie zdołali zaprowadzić w nim ładu. Winni są i panowie Lachy za swą pychę despotyczną dominującą nad ruską prostotą, dominującą przebiegłością i podstępem. Dla prawego serca ruskiego, podobnie jak i dla polskiego, te obopólne winy przodków są bolesne niczym głębokie rany, na które leków brakuje.

Czy podawał kiedy rękę gladiator gladiatorowi po zgubnym dla nich obu boju? Nie wiem. Otóż trzeba nam począć, o ile nie chcemy skonać w niewoli na arenie hańby, w którą przemieniono nam ziemię ojczystą”.

To fragment prześlicznie wyglądającej książki „Kraszanka dla Polaków i Rusinów na Wielkanoc 1882 roku”, wydanej przez wydawnictwo „Mystectwo” w 2022 roku pod egidą Centrum Mieroszewskiego. Autorem jest ten sam Pantelejmon Kulisz, który w swoim życiu miewał bardzo różne okresy – także w odniesieniu do Polski. Na język polski tekst naszego klasyka – z celową archaizacją – przełożył dr Łukasz Adamski, który zna się na smaczkach starej polszczyzny i potrafi stylizować przekład.

PS. Otrzymałam na priv kilka próśb o publikowanie przynajmniej niektórych postów również w języku polskim. Sprawdziłam swoją statystykę i ze zdziwieniem dowiedziałam się, że 20% moich czytelników jest z Polski. Nie wiem, ilu wśród nich jest Polaków, a ilu naszych migrantów, ale zgodnie z prawem ukraińskim nawet 10% populacji w miejscowości wystarcza, by szanować jej prawa językowe 🙂 Jeśli traktować mój blog jako wirtualne miasto – niech stanie się przystanią dla tych, którzy, tak jak ja, kochają Ukrainę i Polskę i wierzą, że jeszcze nadejdą dla nas lepsze czasy.

Lucyna Khvorost wpis na podstawie facebook

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *