Polska propaganda – bezzębna i moralizatorska
Opis ukraińskiej propagandy na temat Wołynia wzbudził spore zainteresowanie, a jednocześnie irytację. Skłoniło mnie to do refleksji nad tym, jak w rzeczywistości wygląda polska narracja historyczna i działania w zakresie soft power. Traktatów o „pedagogice wstydu” czy krytycznej ocenie polskiej martyrologii napisano już wystarczająco wiele – nie ma sensu ich powtarzać. Skupmy się więc na pytaniu zasadniczym: jak to możliwe, że Ukraina, którą Polska konsekwentnie wspiera od 2004 roku w jej europejskich aspiracjach, pozostaje w dużej mierze głucha na polski ból związany z Wołyniem? Dlaczego na Ukrainie tak wielu ludzi nie rozumie lub otwarcie kwestionuje polską wersję wydarzeń z 1943 roku?
Poziom wiedzy ukraińskich posłów na ten temat każdy może ocenić samodzielnie poczytać.
Od pewnego czasu w Polsce coraz głośniej mówi się o potrzebie budowania propolskiego lobby naukowego i eksperckiego na Ukrainie. Daniel Szeligowski, szef Programu Europy Wschodniej i główny analityk ds. Ukrainy w Polskim Instytucie Spraw Międzynarodowych (PISM), postanowił przypomnieć swoją wypowiedź z Forum w Krynicy w 2024 roku. Badacz i ceniony analityk uważa, że polski punkt widzenia przypomina kakofonię rozproszonych głosów i jest praktycznie niezauważalny w ukraińskiej debacie publicznej.
„W polskim interesie leży natomiast, by był on spójny, dobrze wyartykułowany i obecny tam, gdzie zapadają decyzje oraz kształtują się narracje. Nie jest to zadanie Ukrainy – to Polska powinna o to zadbać”.
Konkretna propozycja Szeligowskiego brzmi następująco: takie głosy mogą wzmacniać wpływowe osoby na Ukrainie przychylne Polsce, jednak trzeba je realnie wspierać – poprzez granty, stypendia, staże, wyjazdy studyjne czy udział w konferencjach. Nie ma powodu bać się słowa „lobbing”. Amerykanie robią to przez think-tanki, Niemcy przez fundacje polityczne, a państwa skandynawskie poprzez oficjalne programy wsparcia środowisk eksperckich. Bez systemowych działań polski punkt widzenia pozostanie na marginesie.
Piękna i mądra propozycja, tyle że oderwana od rzeczywistości. Warto bowiem pamiętać, że Polska od początku lat dziewięćdziesiątych funduje stypendia badawcze dla ukraińskich naukowców, finansuje tłumaczenia i wydania książek, a zakres działań w obszarze promocji i soft power jest imponujący. Cały ten wysiłek idzie jednak w gwizdek. Imponująca machina promocyjna i rzekomy soft power to w praktyce jedynie fasada – gigantyczne nakłady pozostają całkowicie zmarnowane.
Pierwszy ukraiński portal historyczny „Istoryczna Prawda” został sfinansowany ze środków polskiego MSZ. Posiada on osobną wkładkę poświęconą Wołyń 1943 roku, w której opisuje się symetrię działań UPA i AK oraz promuje tezę o „tragedii wspólnej winy”. Redaktor Ołeksandr Zinczenko był stypendystą w Polsce i otrzymywał dofinansowanie na działania wydawnicze wspólnie z Wachtangiem Kipianim. Igor Isajew również przyjechał do Polski na stypendium naukowe finansowane przez polski rząd dla młodych i utalentowanych studentów. Od ponad trzydziestu lat Polska przyznaje różnego rodzaju stypendia naukowe obywatelom Ukrainy, jednak rezultatów tych inwestycji jakoś nie widać.
Iryna Wereszczuk, była wicepremier i minister ds. reintegracji terytoriów czasowo okupowanych, a obecnie zastępczyni szefa Biura Prezydenta Ukrainy, była stypendystką Polsko-Amerykańskiej Fundacji Wolności w ramach Programu Lane’a Kirklanda w 2015/16. Żaden z rozpoznawalnych stypendystów nie wykazuje szczególnego zainteresowania promowaniem polskiego punktu widzenia. Jest to zresztą naturalne – otrzymanie stypendium od obcego rządu nie nakłada obowiązku zmiany poglądów ani promowania tego, co beneficjent uważa za niewłaściwe.
Zawsze naiwnie sądziłem, że badania naukowe powinny opierać się na faktach, metodzie i prawdzie, a nie na prywatnych czy ideologicznych opiniach badacza i jego promotora. Okazuje się jednak, że w Polsce znajdują się analitycy, którzy chcieliby promować „jedyny słuszny” pogląd zatwierdzony przez państwowy komitet standardów narracyjnych.
Mam jednak nadzieję, że obecnie Polska okaże więcej odwagi niż w 2016 roku, kiedy ambasada Polski zrezygnowała z pokazu filmu „Wołyń”, ponieważ ukraińskie MSZ oświadczyło, że nie będzie w stanie zagwarantować bezpieczeństwa. W tym samym czasie powstała inicjatywa, by pokaz zorganizować siłami grupy osób o prawicowych poglądach na własną odpowiedzialność – po prostu dlatego, że lubią kino. Polska strona miała wesprzeć inicjatorów finansowo. Nie była jednak zainteresowana – czy to z braku pieniędzy, czy z braku wiedzy o tym, jak wygląda ukraińska scena polityczna i jak załatwia się tam interesy. Winik był prosty, Polska nie była wstanie pokazać film fabularny w wegańskim 2016, a w 2026 Polska chce ruszyć z badaniami i soft-power na Ukraine.
W 2025 roku w ramach Ośrodka Mediów dla Zagranicy TVP powstała ukraińska redakcja Telewizji Polskiej, która ściśle współpracuje z ukraińską stacją informacyjną Espreso TV. Polski rząd wybrał więc jako partnera na Ukrainie telewizję należącą do rodziny znanego ukraińskiego miliardera i biznesmena Kostiantyna Żewago.
Francuski wymiar sprawiedliwości wielokrotnie odmawiał ekstradycji Żewago do Ukrainy, odrzucając wnioski ukraińskich organów ścigania w sprawach korupcyjnych i finansowych. Ostatnia kluczowa decyzja zapadła w października 2025 roku, kiedy Sąd Apelacyjny w Paryżu odrzucił wniosek o ekstradycję związany z zarzutami korupcji. Ukraińskie służby (NABU i Państwowe Biuro Śledcze – DBR) zarzucają miliarderowi poważne przestępstwa związane z korupcją i malwersacjami finansowymi. Mniejszościowym właścicielem stacji jest żona założyciela i deputowanego Mykoły Kniażyckiego, związanego z partią Petra Poroszenki. Warto dodać, że w 2017 roku mniejszościowymi współwłaścicielami byli także były premier Ukrainy Arsenij Jaceniuk oraz Inna Awakowa, żona byłego szefa MSW Arsena Awakowa. W skrócie: polska telewizja, w 100% finansowana z podatków polskiego podatnika, nawiązała współpracę z ukraińską stacją, której właściciel jest podejrzany o malwersacje finansowe na Ukrainie i powiązany z ekipą byłego prezydenta Poroszenki. Budowa polskiego soft power w oparciu o takie kontakty na Ukrainie wróży spore sukcesy.
Na koniec warto podkreślić, że w sprawach Ukrainy polskiemu rządowi doradza aż trzy różne instytucje – wspomniany PISM, OSW oraz Instytut Europy Środkowo-Wschodniej (IEŚ). Jak wyglądają polsko-ukraińskie relacje, każdy widzi. Na Ukrainie nie ma natomiast żadnej jednostki naukowo-badawczej powołanej przez rząd do badania Polski i jakoś Ukraina radzi. Z drugiej strony mam nadzieję, że polski wywiad już zbadał, ile kosztuje wynajęcie ukraińskich youtuberów – i że ceny go zaskoczyły. Dlatego jestem spokojny na ukraińskim odcinku raczej nie warto oczekiwać żadnych zmian.
Eugeniusz Bilonozko

