Piotr Skwieciński: Milczeliśmy w sprawie UPA jak Churchill i Roosevelt wobec Stalina

Z wiekiem przychodzi pewien przywilej – wyzbywanie się złudzeń i cierpka satysfakcja z widzenia rzeczy takimi, jakimi są. Przywilej ten ma jednak gorzkawy smak. Bo choć oznacza okresowe rozczarowania, to w przerwach między nimi świat wydaje się jaśniejszy, a my sami – mądrzejsi i bardziej świadomi ograniczeń, które nakłada na nas rzeczywistość. Szczególnie wtedy, gdy porównujemy własne wcześniejsze sądy z decyzjami dawnych przywódców, których kiedyś ocenialiśmy surowo za brak etyki lub ślepotę na otaczającą ich sytuację.

Dziś, patrząc wstecz na lata 2014–2022 i pierwsze lata pełnoskalowej rosyjskiej agresji na Ukrainę, wielu polskich komentatorów i aktywistów – zarówno z prawej, jak i z liberalno-lewicowej strony – lepiej rozumie dylematy Churchilla i Roosevelta z czasów II wojny światowej. Wtedy, gdy z konieczności sojuszu z ZSRR musieli nie tylko współpracować ze Stalinem, ale także aktywnie wspierać radziecką propagandę i tłumić niewygodne dla Moskwy głosy, w tym polski.


W 2014 roku, a zwłaszcza po 24 lutego 2022 roku, polska opinia publiczna – w ogromnej większości – stanęła jednoznacznie po stronie zaatakowanej Ukrainy. Dla wielu osób zaangażowanie to miało wymiar nie tylko polityczny, ale i emocjonalny. Część środowiska, które zajmowało się sprawami publicznymi, popadła w swego rodzaju ukrainofilię. Inni podchodzili do sprawy bardziej trzeźwo, ale niemal wszyscy zgadzali się co do fundamentalnej kwestii: Ukraina walczy nie tylko o siebie, ale także w interesie Polski i całej Europy.

Ta świadomość miała jednak swoją cenę.

Milczeliśmy, gdy na froncie pojawiały się ukraińskie formacje ochotnicze z otwartą symboliką SS. Milczeliśmy, słysząc pozdrowienia „Sieg Heil!”. Milczeliśmy, gdy w rozmowach z ukraińskimi znajomymi próbowaliśmy poruszyć temat zbrodni UPA, a w odpowiedzi otrzymywaliśmy tłumaczenia, które Ziemowit Szczerek trafnie nazwał „strasznie wkurzającymi i niepoważnymi” – że wilczy hak to „idea nacji”, a runy SS to „siła swobody” albo żart z Rosjan.

Milczeliśmy, gdy kult UPA rozlewał się na kolejne regiony Ukrainy. Milczeliśmy, gdy kolejny raz słyszeliśmy, że „teraz nie pora” rozmawiać o Wołyniu, bo trwa wojna. Milczeliśmy, bo uznaliśmy, że nagłośnienie tych spraw może osłabić poparcie dla Kijowa w polskim społeczeństwie, a w konsekwencji pomóc wspólnemu wrogowi. Było to milczenie w pełni realpolityczne.


Dziś Piotr Skwieciński na portalu Onet pisze wprost: to milczenie sprawiło, że lepiej rozumie decyzje Churchilla i Roosevelta z lat 1939–1945.

Wtedy alianccy przywódcy również wiedzieli, że upadek Związku Radzieckiego oznaczałby katastrofę dla ich własnych krajów. Wiedzieli, że w ich społeczeństwach wciąż żywe są antykomunistyczne i antyrosyjskie nastroje. Obawiali się, że publiczne mówienie o zbrodniach Stalina – w tym o Katyniu – może podważyć moralną legitymizację sojuszu i osłabić determinację własnych społeczeństw do ponoszenia ofiar.

Dlatego nie wystarczyło im zimne, techniczne porozumienie ze Stalinem. Musieli aktywnie budować narrację, w której ZSRR był częścią „obozu dobra”. Stąd ostentacyjne wsparcie dla radzieckiej propagandy, stąd utrudnianie polskim emigracyjnym władzom przedstawiania własnego stanowiska, stąd demonstracyjne bagatelizowanie Katynia.

Demokratyczni przywódcy nie mogli sobie pozwolić na czysty realpolitik. W warunkach wojny egzystencjalnej (dla Wielkiej Brytanii) lub wojny o najwyższą stawkę (dla USA) musieli przekonać własne społeczeństwa, że walczą po stronie absolutnego dobra przeciwko absolutnemu złu. Każda informacja, która mogła tę prostą dychotomię zaburzyć, była niebezpieczna.


Skwieciński podkreśla, że nie potępia polskiego milczenia z lat 2014–2022. Uważa je za zrozumiałe w realiach egzystencjalnego zagrożenia ze strony Rosji. Podobnie jak alianci w latach 40., polscy komentatorzy i politycy uznali, że najważniejsze jest zwycięstwo nad głównym wrogiem, a sprawy historyczne i symboliczne muszą poczekać.

Różnica polega na tym, że dziś – z perspektywy czasu – łatwiej dostrzec mechanizm, który wtedy działał. Łatwiej zrozumieć, dlaczego nawet ludzie świadomi problemu decydowali się na milczenie. I dlaczego to milczenie, choć racjonalne z punktu widzenia bieżącej polityki, zostawia po sobie pewien niesmak.

Przywilej starzenia się polega właśnie na tym, że można już bez młodzieńczego polotu zobaczyć, jak bardzo realpolitik – nawet prowadzona w dobrej wierze – zawsze wymaga kompromisów moralnych. I że ci, którzy je zawierają, rzadko robią to z satysfakcją.


Piotr Skwieciński – publicysta, komentator spraw międzynarodowych i historycznych, wieloletni dziennikarz związany z mediami prawicowymi. Jego teksty regularnie poruszają kwestie polskiej polityki historycznej, stosunków polsko-ukraińskich oraz dylematów realpolitik w warunkach zagrożenia.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *