Tektonicznie zmiany na linii Warszawa – Kijów
Zbigniew Parafianowicz: Odebranie Orderu Orła Białego Zełenskiemu to początek tektonicznej zmiany w relacjach polsko-ukraińskich, a nie „moralne zwycięstwo”
Decyzja prezydenta Karola Nawrockiego o pozbawieniu prezydenta Ukrainy Wołodymyra Zełenskiego Orderu Orła Białego nie jest symbolicznym gestem ani „moralnym zwycięstwem”. Tak uważa znany polski dziennikarz, reporter i autor książek „Polska na wojnie” oraz „Kłopoty z Zełenskim” Zbigniew Parafianowicz. W obszernym wywiadzie dla ukraińskiego portalu „Zahidnyj Informacyjnyj Front” (ZIF) wyjaśnia, że jest to początek głębokiej, długotrwałej i tektonicznej zmiany podejścia Warszawy do Kijowa – wejścia w erę „strategicznej nieprzejrzystości” oraz rewizji doktryny Jerzego Giedroycia.
Decyzja zapadła 19 czerwca 2026 roku. Prezydent Nawrocki ogłosił ją po tym, jak Ukraina nie wycofała się z decyzji o nadaniu jednej z jednostek wojskowych nazwy związanej z Ukraińską Powstańczą Armią (UPA). Polska dała Kijowowi czas na zmianę stanowiska – od końca maja – i prowadziła aktywny dialog dyplomatyczny. Kapituła Orderu Orła Białego zebrała się 8 czerwca i wydała opinię. Mimo to Zełenski nie zmienił decyzji. W reakcji ukraiński prezydent zwrócił odznaczenie kurierem (omijając ambasadę), a za nim zrobili to byli prezydenci Leonid Kuczma, Wiktor Juszczenko i Petro Poroszenko. Minister spraw zagranicznych Ukrainy Andrij Sybiha nazwał decyzję „błędem strategicznym” korzystnym dla Moskwy i zwrócił własne polskie odznaczenie.
Nawrocki podkreślił, że decyzja nie zmienia strategicznego kierunku polskiej polityki wobec Ukrainy i rosyjskiej agresji. Jednocześnie stwierdził, że „próg bólu” w sprawach dotyczących historii i sojuszników został przekroczony.
Nie „moralne zwycięstwo”, lecz zmiana paradygmatu
Parafianowicz kategorycznie odrzuca narrację o „moralnym zwycięstwie”, którą ogłosiła jedna z posłanek Sejmu. Podkreśla, że nie odpowiada za wypowiedzi pojedynczych polityków i nie postrzega sprawy w kategoriach moralnych.
– To początek zmiany w polityce wobec Ukrainy, zmiany trwałej i dość tektonicznej – mówi. – Nawrocki sygnalizował to już w kampanii wyborczej, wyrażając wątpliwości co do członkostwa Ukrainy w NATO czy jasności drogi do UE. Nie interpretowałem tego jednak jako braku poparcia dla euroatlantyckich aspiracji Ukrainy, lecz jako odejście od modelu, który panował przez trzy dekady i był nierozsądny: modelu pracy „przy włączonym świetle”, absolutnej przejrzystości w relacjach z Ukrainą, bez zostawiania ukraińskiej władzy żadnej przestrzeni do refleksji nad tym, jaka jest polska pozycja.
Według dziennikarza poprzedni model zakładał pełną transparentność i brak miejsca na „strategiczną nieprzejrzystość”. Tymczasem, jak zauważa, nawet francuska „parasolka atomowa” nie daje 100% gwarancji użycia broni jądrowej – służy raczej jako narzędzie nacisku w innych sprawach (np. zakup reaktora). Podobnie decyzja Nawrockiego ma sygnalizować początek nowej ery w relacjach z „inną Ukrainą” – państwem znacznie silniejszym militarnie, „wypłukanym” wojną, ekonomicznie fantomowym, ale bardzo silnym w wymiarze militarnym.
Era strategicznej nieprzejrzystości i rewizja doktryny Giedroycia
Parafianowicz mówi wprost o „epoce strategicznej nieprzejrzystości” w stosunkach z Kijowem. Decyzja o orderze nie jest więc symbolicznym czy rytualnym sporem między prezydentami, lecz początkiem przewartościowania całej dotychczasowej polskiej polityki wschodniej opartej na ideach Jerzego Giedroycia.
Doktryna Giedroycia – hasło „Bez niepodległej Ukrainy nie ma niepodległej Polski” – przez trzy dekady determinowała polskie działania. Polska jako pierwsza uznała niepodległość Ukrainy po puczu GKCP, pomagała Kuczmie w sprawach „Kołczug” i Gongadze, wspierała Juszczenkę podczas Pomarańczowej Rewolucji, Euromajdan i udzieliła pomocy wojskowej w 2022 roku.
Dziś, w 2026 roku, sytuacja jest inna. Ukraina jest niepodległa i – zdaniem Parafianowicza – na 99,9% pozostanie niepodległa z ogromną armią. Będzie mogła „handlować bezpieczeństwem” w Europie (np. dając gwarancje bałtyckim państwom poza art. 5 NATO). W tych warunkach hasło Giedroycia wymaga przemyślenia. Nie można już prowadzić całej polityki wobec Ukrainy przez pryzmat: „choćby trawa nie rosła, zawsze musimy ją wspierać, wszystko jej oddawać i we wszystkim jej pobłażać, bo niepodległa Ukraina to gwarancja niepodległej Polski”.
Polska wykonała swoje zadanie w „giedroyciowskim” wymiarze. Teraz nadszedł czas na przewartościowanie. Ukraina sama wypracowała sobie pozycję, która dezaktualizuje ten punkt odniesienia dla całej polityki wschodniej po 1989 roku. Polska nie musi już „nieść kaganka oświaty” na dawne Kresy – zwłaszcza wobec narodu deklarującego własną podmiotowość.
Nagromadzone rozczarowania i asymetria dobrej woli
Parafianowicz wskazuje na szereg konkretnych rozczarowań, które doprowadziły do obecnego etapu. Polska nie została zaproszona do formatu E3 (prawdopodobnie rozmowy o zawieszeniu broni z udziałem Francji, Niemiec i Wielkiej Brytanii), choć porozumienie będzie dotyczyło także Polski.
Inny przykład: konflikt mera Lwowa Andrija Sadowego z polską firmą Control Process S.A. – postrzegany w Polsce jako próba swoistego „rajderstwa”.
Sprawa ekshumacji ofiar Wołynia – „handlowanie” nimi i branie ofiar ludobójstwa jako zakładników – jest w Polsce odbierane bardzo negatywnie.
Historyczne napięcia: ustawa o UPA z 2015 roku uchwalona tego samego dnia, w którym Bronisław Komorowski przemawiał w Radzie Najwyższej; wystąpienie Zełenskiego w ONZ we wrześniu 2023 roku; propozycja rozmieszczenia ukraińskich wojsk w Polsce za amerykańskie pieniądze na szczycie NATO w Wilnie.
Parafianowicz mówi o „dżentelmeńskiej umowie” (ustnej, ale w prawie międzynarodowym obowiązującej) dotyczącej niegloryfikowania UPA. Mimo że niektóre jednostki nie otrzymały imion konkretnych dowódców (np. 80. brygada nie dostała imienia Romana Szuchewycza, a Ośrodek Specjalnych Operacji „Północ” nazwano imieniem Bohaterów UPA, a nie Dmytra Klaczkiwskiego „Klyma Sawura”), to jednak inne jednostki otrzymały imiona dowódców UPA (np. Wasyla Kuka). Siła mediów społecznościowych okazała się silniejsza niż deklaracje intencji.
– W krajach byłego ZSRR jest takie powiedzenie: Chłopiec jest właścicielem swoich słów: dał słowo – wziął słowo („Пaцан – хозяин своего слова: слово дал – слово забрал”). To prawdziwe źródło problemu w relacjach Polski i Ukrainy – podkreśla.
Od „kaganka oświaty” do polityki od zera
W nowych relacjach Polska, zdaniem Parafianowicza, znajduje się w punkcie wyjścia. Ma słabe narzędzia wpływu. Ukraińska diaspora w Polsce zachowała się „absolutnie proukraińsko” i nie pomogła w deeskalacji sporu wokół orderu. Nie ma też silnych polskich publicystów czy influencerów, którzy realnie wpływaliby na ukraińską opinię publiczną.
– W tej wyjściowej pozycji, w której nowe polsko-ukraińskie relacje będą się kształtować na całkowicie nowych zasadach i w oderwaniu od giedroyciowskiego „kaganka oświaty”, praktycznie nie mamy żadnych zasobów – mówi.
Nie oznacza to rezygnacji z pamięci historycznej. Parafianowicz stanowczo odrzuca pomysł „odłożenia historii na bok”, by robić biznes. Porównuje to do sytuacji, w której Żydzi mieliby odłożyć Holokaust, by zarabiać z Niemcami. Adenauer wypłacił reparacje, ale historia (ludobójstwo) nie ma przedawnienia i nie może być gloryfikowania sprawców. W modelu cywilizacyjnym europejsko-judeochrześcijańskim tak się nie robi – tak jak nie chodzi się po Berlinie w koszulce z Goebbelsem czy Himmlerem. Dla Polski Wołyń to odpowiednik Katynia dla relacji z Rosją.
Sprawa Mindicha, brak asertywności i polska „ryzykofobia”
Dziennikarz krytykuje polskie służby za to, że nie zatrzymały (ani nie przeszukały) Tymura Mindicha podczas tranzytu przez Polskę. Mindich mógł być „depozytariuszem” wiedzy o największej aferze korupcyjnej Zełenskiego (MindichGate jako forma samoobrony NABU). To – jego zdaniem – ogromny błąd i stracony zasób. Podobnie jak brak politycznej woli do bardziej asertywnych działań (np. współpraca z NABU będącym w konflikcie o przetrwanie z Zełenskim).
Polska polityka cierpi na „ryzykofobię” – politycy unikają ryzyka, nawet jeśli potencjalna nagroda jest duża. Przykład: polscy komandosi byli w Browarach już przed marcem 2022 roku, a jednak nie podjęto decyzji o wysłaniu jednostek specjalnych na wzór brytyjski. Tymczasem współpraca polskich i ukraińskich sił specjalnych (m.in. szkolenie w Kropywnyckim przez płk. Dariusza Dachowicza) jest oceniana bardzo pozytywnie i przynosi obu stronom korzyści niezależnie od napięć na poziomie politycznym.
Pozytywnym przykładem z wcześniejszego etapu wojny jest działalność Michała Dworczyka – m.in. kontrakt na Kraby (nie darowizna, lecz zakup), otwarcie memoriału na Cmentarzu Orląt Lwowskich czy kontakty z byłymi ukraińskimi ministrami (Reznikow, Kubrakow). Dziś Dworczyk jest krytykowany za bezpłatną pomoc w pierwszych miesiącach wojny, ale Parafianowicz uważa, że na tamtym etapie była to racjonalna polityka z elementami wzajemności (także w polityce historycznej).
Białoruś, Łukaszenko i koordynacja między prezydentem a rządem
Parafianowicz odnosi się też do Białorusi. Handel technicznymi nawozami potasowymi trwa (nawet w czasie sankcji przez traderów). Polska nie chce, by na Białorusi pojawił się polityk jeszcze bardziej zależny od Moskwy niż Łukaszenko. Interes Polski leży w tym, by władze w Mińsku miały jak najwięcej „tlenu” do samodzielnych działań.
Sprzeczność interesów z Ukrainą: Zełenski grozi Łukaszence (m.in. w sprawie radarów naprowadzających drony), co może być próbą storpedowania „resetu” Trumpa z Mińskiem i osłabienia sankcyjnej architektury korzystnej dla Ukrainy. Polska woli ostrożniejsze podejście.
Koordynacja między rządem a prezydentem w sprawach wschodnich istnieje – przykład: sprawa Andrzeja Poczobuta i wymiany więźniów (w tym z Rosją). Prezydent Nawrocki i rząd wspólnie naciskali na Amerykanów, powołując się na ustalenia po Ankarze.
Członkostwo Ukrainy w UE i NATO oraz przyszłość relacji
Parafianowicz mówi wprost do ukraińskich czytelników: chęć członkostwa w UE oznacza obowiązek dostosowania się do zasad Unii, a nie odwrotnie. Ukraina nie „przyjmuje” UE do siebie – to ona wchodzi do UE i musi spełnić kryteria kopenhaskie oraz wymagania kolejnych klastrów negocjacyjnych. Nie ma tu „woli Zełenskiego” – są obiektywne warunki.
Szybkie członkostwo Ukrainy w UE jest nierealne. Samo UE wymaga reform i większej spójności. Dla Polski kluczowe jest, by akcesja Ukrainy była przede wszystkim korzystna dla Polski.
Zmiana w relacjach polsko-ukraińskich jest – jego zdaniem – pozytywna, bo prowadzi do racjonalizacji. Emocje najpierw wybuchną, potem opadną i obie strony zaczną patrzeć na siebie przez pryzmat własnych interesów, bez nadmiernych emocji i asymetrii dobrej woli.
Podsumowanie: od mitu do rzeczywistości
Parafianowicz odrzuca zarzuty, że jest „ruskim agentem” czy antyukraiński. Podkreśla, że opisuje rzeczywistość taką, jaka jest, a nie jaką chcieliby ją widzieć czytelnicy. Samocenzura w czasie rzeczywistej wojny (także hybrydowej przeciwko Polsce) jest – jego zdaniem – głupotą i tylko pogłębia deficyt wiedzy.
Książka „Kłopoty z Zełenskim” i poprzednia „Polska na wojnie” wpisują się w ten nurt: rzetelny, czasem bolesny opis relacji, oparty na kontaktach i analizie, a nie na mitach.
Decyzja o Orderze Orła Białego nie jest końcem polsko-ukraińskiej współpracy – ta w sferze bezpieczeństwa (specjalne siły, uzbrojenie) trwa i przynosi obu stronom korzyści. Jest jednak wyraźnym sygnałem, że era bezwarunkowego „giedroyciowskiego” wsparcia i pełnej transparentności dobiegła końca. Zaczyna się nowy rozdział – trudniejszy, bardziej pragmatyczny, oparty na wzajemnych interesach i szacunku dla „progu bólu” każdej ze stron.
To nie zemsta i nie symbol. To polityka. I to polityka w nowym, bardziej dojrzałym wydaniu.
Artykuł opracowany na podstawie wywiadu Zbigniewa Parafianowicza dla portalu Zahidnyj Informacyjnyj Front z lipca 2026 r. oraz informacji publicznych na temat decyzji prezydenta Karola Nawrockiego.

