Hej sokoly, atomówka i nowocześni Lisowczycy
Polska: Między nuklearnym romantyzmem a pragmatyką formacji najemników
Polska debata o bombie atomowej jest ambitna i ciekawa, lecz w gruncie rzeczy mało pożyteczna. Żyjemy w czasach, w których umowy o nieposiadaniu i nierozprzestrzenianiu broni nuklearnej faktycznie przestają obowiązywać (czego przykładem jest Białoruś). Doświadczenie Ukrainy, która dobrowolnie zrzekła się własnego arsenału nuklearnego w zamian za gwarancje bezpieczeństwa, jedynie wzmacnia narrację o tym, że warto rozważyć posiadanie własnego „straszaka”. Jednak, jesteśmy w NATO i EU, co oznacza, że broń atomową posiadają nasi sojusznicy za oceanem i w Europie (o tym, czy można polegać na sojusznikach możemy dyskutować, ale formalnie broń atomowa Francji, Wielkiej Brytanii i USA nas chroni, mimo że nie znajduje się na terenie Polski).
Co ciekawe, pierwszą osobą, która w najnowszej historii polskiej debaty publicznej otwarcie wspomniała o polskiej bombie, był Grzegorz Braun. Ten bodaj najbardziej „katolicki” polityk najjaśniejsze Rzeczpospolitej Polski już w trakcie kampanii prezydenckiej w 2015 oświadczył, że Polska powinna starać się o własną broń jądrową. Nie będę tu przypominał, że zgodnie z nauką społeczną Kościoła katolickiego posiadanie broni masowego rażenia jest uznawane za niemoralne – faktem jest bowiem, że w badaniach opinii publicznej prawie 60% Polaków opowiada się za posiadaniem takiego arsenału (brak znajomości nauczania Kościoły katolickiego w kraju katolickim nie jest czymś wyjątkowym).
W trakcie kampanii prezydenckiej w 2025 roku temat atomowy powrócił z nową siłą. Prezydent Duda aktywnie apelował do Stanów Zjednoczonych o rozmieszczenie broni jądrowej na terytorium RP w ramach programu Nuclear Sharing. W 2026 roku prezydent Nawrocki również pozytywnie wypowiadał się na temat polskiego „niepokojowego” atomu. Obecnie jedynym ośrodkiem, który merytorycznie i fachowo stara się podnosić ten temat jako realną opcję strategiczną, jest zespół analityków Strategy & Future.
O polskich ambicjach i celach związanych z posiadaniem bomby atomowej każdy „prawdziwy Polak” dowiaduje się z nieformalnych zwrotek pieśni „Hej sokoły” – utworu, który Ukraińcy interpretują niekiedy jako wyraz polskiego kolonializmu.
Niestety, wydaje się, że romantyzm w sprawach politycznych i wojskowych jest cechą ponadczasową dla polskich elit. Można i warto marzyć o polskim atomie czy podboju kosmosu, ale warto też rozważyć stworzenie bardziej namacalnych i konwencjonalnych zasobów obronnych. Obecnie polskie prawo zakazuje tworzenia prywatnych korporacji wojskowych (PMC – Private Military Companies). Polskie firmy deklarujące działalność w branży wojskowości formalnie nie są korporacjami wojskowymi w takim znaczeniu, jak amerykańskie Blackwater (obecnie Constellis, dawniej Xe oraz Academi). Co więcej, Polak, który bez zgody Ministra Obrony Narodowej zaciąga się do obcej armii, naraża się na zarzut najemnictwa.
Dopiero w 2026 roku Sejm uchwalił ustawę o abolicji dla Polaków pełniacych służbę w armii ukraińskiej, choć proces legislacyjny trwał prawie cztery lata. Bogdan Borusewicz, senator Koalicji Obywatelskiej, w kontekście debaty o abolicji poparł stworzenie specjalnych rozwiązań prawnych regulujących status polskich ochotników walczących w Siłach Zbrojnych Ukrainy. Postulował objęcie ich wsparciem finansowym oraz nadanie im ulg przysługujących kombatantom.
Podobna inicjatywa mogłaby stać się zalążkiem polskiej prywatnej korporacji wojskowej – formacji tworzonej na wzór Legii Cudzoziemskiej lub amerykańskiego Blackwater. Polskie społeczeństwo jest w pełni zintegrowane z Zachodem, nie jest zainteresowane wysyłaniem regularnych wojsk na wojnę. Jednak współczesna rzeczywistość wymusza posiadanie jednostek militarnych, które można zaangażować w działania zbrojne, zachowując możliwość dyplomatycznego wyparcia się ich obecności. Skoro Rosja prowadzi przeciwko Polsce i UE wojnę hybrydową, to posiadanie broni niekonwencjonalnej nie jest wystarczającą odpowiedzią na akty dywersji dokonywane na naszym terytorium.
Polska historia wojskowości zna liczne przykłady formacji o charakterze zaciężnym: Sapieżyńcy, Lisowczycy, kozacy rejestrowi czy piechota wybraniecka albo zaciężna. Sądzę, że w XXI wieku warto spróbować odrodzić tradycje Lisowczyków i kozaków rejestrowych. Można to zrobić szybciej i taniej niż budować własną „atomówkę”. Co najważniejsze – wzorem praktyk sprzed 400 lat – takich „nowoczesnych najemników” można przetestować w warunkach bojowych na dzikich polach Ukrainy i w lasach Smoleńszczyzny już teraz.
Eugeniusz Biłonożko

