Happening zamiast polityki. Od Jana Kazimierza do interpelacji o marsz we Lwowie
Politycy rzadko mówią wprost: „to happening na użytek własnego elektoratu”. Częściej opakowują to w język pamięci, sprawiedliwości i „zwykłych ludzi zapomnianych przez elity”. Interpelacja o polskim Marszu Niepodległości ulicami Lwowa jest podręcznikowym przykładem, jak ten mechanizm działa — i dlaczego populistyczny pomysł nie musi być całkowicie oderwany od realnego problemu, żeby pozostał populistyczny.
28 sierpnia 2026 r. do Sejmu wpłynęła interpelacja w sprawie zorganizowania 11 listopada „polskiego Marszu Niepodległości ulicami Lwowa”. Podpisało ją 21 posłów z PiS, Konfederacji, Konfederacji Korony Polskiej i Rozwoju Plus; inicjatorem jest Dariusz Matecki. Autorzy pytają premiera, czy rząd zorganizuje przemarsz, czy wystąpi o zgodę do władz Ukrainy i miasta oraz czy zapewni finansowanie i logistykę.
Argumentacja jest prosta i nośna: Polacy we Lwowie pielęgnują tożsamość bez wystarczającego wsparcia państwa; w tym samym czasie polskie instytucje i samorządy uczestniczą w obchodach ukraińskiego święta niepodległości. Skoro „oni” świętują u nas, „my” powinniśmy świętować u nich — i to nie w sali konsulatu, lecz ulicami miasta o wielowiekowej polskiej historii.
To nie jest pierwszy raz, gdy polityka zamienia skomplikowaną relację w test lojalności. Różnica polega na tym, że test ma się odbyć w ukraińskim mieście, w czwartym roku pełnoskalowej wojny, w przestrzeni, która dla części Ukraińców jest też miejscem własnej, niepolskiej pamięci.
Populizm — w ujęciu Cas Mudde’a, które dziś jest standardem w politologii — to nie „głupota” i nie „prawicowość”. To sposób widzenia świata: jest „lud” (tu: naród polski i Polacy na Kresach), są „elity” (rząd, dyplomacja, instytucje „uległe” Ukrainie) i jest jedno, moralnie oczywiste rozwiązanie. Kto się waha, ten zdradza sprawę.
W tej logice interpelacja spełnia kilka klasycznych warunków.
Po pierwsze, zamienia politykę zagraniczną w teatr tożsamości. Lwów nie jest tu partnerem suwerennego państwa w stanie wojny. Jest dekoracją polskiej opowieści o sobie. Flagi, ulice, „dumny marsz” — to obrazy, które dobrze wyglądają w rolce i w pytaniu „popieracie?”. Gorzej znoszą pytanie: kto wydaje zgodę, kto odpowiada za bezpieczeństwo, jak odczyta to merostwo, SBU, ukraińska opinia publiczna i rosyjska propaganda.
Po drugie, oferuje prostą odpowiedź na złożony spór o wzajemność. Obchody ukraińskiego 24 sierpnia w polskich miastach naprawdę się odbywają, czasem z udziałem samorządów i pieniędzy publicznych. Pytanie o symetrię nie jest więc zmyślone. Populistyczne jest jednak zrównanie: „skoro u nas jest koncert i oficjalne pozdrowienia, u nich ma być Marsz Niepodległości ulicami Lwowa”. Symetria instytucjonalna to konsultacje, msze, akademie, wieńce, wsparcie szkół i cmentarzy. Symetria uliczna w obcym państwie to już coś innego — i Bosak akurat to zauważył.
Po trzecie, pomija to, co już istnieje. Tekst źródłowy, z którego wyrasta ta sprawa, sam to pokazuje. Przed 2022 r. 11 listopada na Ukrainie obchodzono akademiami, koncertami, przyjęciami ambasady i konsulatów, wspólnym śpiewaniem hymnów, mszami i składaniem wieńców na Cmentarzu Orląt i w Bykowni. Po inwazji uroczystości stały się skromniejsze, poważniejsze, z akcentem na wspólnotę losów i pamięć o sojuszu 1920 r. Jest nawet plenerowy „Polonez Łączy”. Innymi słowy: polska obecność święta niepodległości na Ukrainie nie zaczyna się od interpelacji 21 posłów. Zaczyna się od pracy mniejszości, Kościoła i dyplomacji. Pomysł marszu nie uzupełnia tej pracy. Przesłania ją spektaklem.
Po czwarte, „lud” zostaje użyty jako rekwizyt. Polacy we Lwowie są argumentem, ale niekoniecznie podmiotem. Nie wiadomo z dokumentu, czy lokalna społeczność o to prosiła, czy chce iść w kolumnie z polskimi flagami przez miasto, w którym żyje jako mniejszość, i czy taki gest ułatwi jej życie, czy je utrudni. W populizmie mniejszość zagraniczna często pojawia się wtedy, gdy jest wygodna do rozliczania rządu w Warszawie — rzadziej wtedy, gdy trzeba mówić o żmudnym finansowaniu szkół, statusie języka, restytucji, bezpieczeństwie i relacjach z ukraińskim sąsiadem na co dzień.
Najciekawszy nie jest gniew koalicji rządzącej. Ten był do przewidzenia. Paweł Kowal uznał pomysł za szkodliwy, Marek Biernacki za „szaleństwo” i „humbug”, Piotr Zgorzelski — za „najlepszy prezent dla Putina”. To też jest retoryka wojenna, tylko z drugiej strony: zamiast „zapomniani rodacy” pojawia się „bałwany” i „Kreml”.
Ważniejsze jest to, co powiedział Krzysztof Bosak. Część posłów Konfederacji podpisała interpelację. Współprzewodniczący ugrupowania w RMF FM potrzebował „chwili, żeby zrozumieć, o co w ogóle chodzi”, nazwał inicjatywę happeningiem i uznał ją za niepotrzebną. Jeśli już trzymać się zasady wzajemności — dodał — to raczej w Kijowie i raczej wobec instytucji ukraińskich, nie jako żądanie wobec polskiego rządu, by urządził marsz w obcym mieście.
To rzadki moment: polityk z tego samego obozu mówi wprost, że gest jest czytelny jako teatr, a nie jako polityka. Populizm lubi jednolity chór. Tu chór się rozjechał.
Historyczna analogia, której autorzy interpelacji raczej nie chcieli i nie wiedzieli, ale to wszystko już było 370 lat temu. Śluby Lwowskie Jana Kazimierza z 1656 r. i ich rocznica w 2016 r. To nie jest przypadek kompozycyjny. Król, w chwili gdy Rzeczpospolita była prawie w całości opanowana przez Szwedów i Rosjan, oddał kraj pod opiekę Matki Bożej jako Królowej Korony Polskiej i obiecał poprawę doli chłopów i mieszczan po oswobodzeniu. Obietnicy wobec niższych stanów nie zrealizowano — stanęła szlachta.
To jest najstarszy polski wzorzec „wielkiego aktu” bez „wielkiego wykonania”. Symbol jednoczy elity, wojsko i Kościół. Reforma społeczna zostaje na później. Później „później” nie przychodzi.
W 2016 r. rocznica miała wymiar religijny i państwowy: msza w katedrze lwowskiej, list prezydenta Dudy, uchwała Senatu, relacje Radia Watykańskiego i Radia Maryja. To była pamięć kontrolowana, liturgiczna, dyplomatyczna. Marsz Niepodległości ulicami współczesnego Lwowa jest jej jarmarczną wersją: mniej teologii, więcej flag, mniej instytucji, więcej konfliktu.
Różnica jest istotna. Śluby lwowskie były aktem władcy we własnym, choć okupowanym, państwie. Marsz 11 listopada 2026 r. miałby być aktem polskiego Sejmu na terytorium Ukrainy. Pamięć o Lwowie nie znika, bo ktoś nie pójdzie kolumną przez Rynok. Znika albo zostaje, w zależności od tego, czy Polacy tam mieszkający mogą spokojnie uczyć dzieci języka, odnawiać groby i nie być zakładnikami sporu Warszawy z Kijowem.
Byłoby nieuczciwie napisać, że „polscy politycy mają populistyczne pomysły” i wskazać wyłącznie prawicę. Ten sam mechanizm działa w drugą stronę.
Rządzący chętnie sprowadzają każdą niewygodną debatę o kosztach pomocy Ukrainie, o mniejszości polskiej, o ekshumacjach czy o wzajemności historycznej do oskarżenia o „prezent dla Putina”. To też jest skrót. Zamyka pytanie, zanim zdąży wybrzmieć. Podobnie działa język „szaleństwa” i „głupoty”: zamiast rozebrać interpelację na części — co w niej jest zasadne (wsparcie Polaków za granicą), a co niebezpieczne (forma, miejsce, czas) — wrzuca się całość do kosza z napisem „oszołomy”.
Po 2015 i po 2023 r. obie strony nauczyły się, że elektorat lepiej kupuje moralny podział niż procedurę. Jedni obiecują „dumę”, drudzy „normalność”. Jedni wołają o marsz we Lwowie, drudzy o to, by w ogóle nie ruszać tematów, które drażnią sojusznika. W obu przypadkach polityka staje się gestem, a nie rzemiosłem.
Dlatego interpelacja Mateckiego jest symptomatyczna, ale nie wyjątkowa. Wyjątkowy jest tylko rekwizyt: miasto, które w polskiej wyobraźni wciąż jest „nasze”, a w ukraińskiej rzeczywistości jest frontowym, suwerennym Lwowem.
Jeśli celem jest realna troska o Polaków na Ukrainie, narzędzia są znane i nudne: konsulaty, szkolnictwo, cmentarze, status prawny, pieniądze na organizacje, dyplomacja ciszy, a nie dyplomacja megafonu. To wszystko już bywało robione — lepiej lub gorzej, przed wojną i w wojnie.
Jeśli celem jest pokazanie własnym wyborcom, że „my pamiętamy, a Tusk się kłania”, to marsz we Lwowie jest wręcz idealny. Nie musi się odbyć. Wystarczy, że rząd odmówi. Odmowa staje się dowodem tezy. Teza żywi kolejny materiał. Koło się zamyka.
W tym sensie pomysł jest populistyczny nie dlatego, że mówi o Polsce, Lwowie i 11 listopada. Jest populistyczny dlatego, że traktuje suwerenne miasto sojusznika w czasie wojny jak scenografię do krajowego sporu o to, kto jest lepszym patriotą. A mniejszość polska — jak chłopi u Jana Kazimierza — pojawia się w akcie symbolicznym, po czym znika, gdy przychodzi czas na kosztowną, nieefektowną obietnicę.
Eugeniusz Bilonozko

