Friendly fire na wschodniej flance NATO
Ukraińscy blogerzy, politycy i eksperci od paru tygodni w kółko powielają informacje, że Rosja szykuje atak na państwa bałtyckie. Z powagą przekonują, że NATO albo nie będzie mogło, albo nie zaryzykuje obrony Estonii, Litwy czy Łotwy w razie rosyjskiej agresji.
Strategia tej narracji jest jednak co najmniej dziwna – zarówno wobec odbiorcy zewnętrznego, jak i wewnętrznego. Bo to właśnie Ukraina aspiruje do członkostwa w NATO i zapisała chęć przystąpienia do Sojuszu w swojej konstytucji. Trudno więc uznać za logiczne powtarzanie tezy, że największy sojusz militarny świata jest niezdolny do obrony własnych członków.
Paradoks jest oczywisty: Ukraina, która prowadzi wojnę z Rosją, musi jednocześnie przypominać, że rosyjskie zagrożenie nie dotyczy wyłącznie jej, lecz całej Europy i NATO. O tym, że od 2022 roku Rosja prowadzi przeciwko Unii Europejskiej wojnę hybrydową – podpalenia, sabotaże, zamachy, szpiegostwo i zastraszanie – nie trzeba już nikogo przekonywać. Fakty mówią same za siebie.
Łotewska minister spraw zagranicznych Baiba Braže (wcześniej ambasadorka Łotwy w USA i Kanadzie) udzieliła 25 marca 2026 roku wywiadu w podcaście „On the Record with Aaron Dahmen” (produkcja TVP World). Stwierdziła w nim, że nie rozumie, skąd ukraiński wywiad czerpie przekonanie o rychłym rosyjskim ataku na kraje bałtyckie.
„Ukrainian intelligence has suggested that Russia may be preparing to occupy the Baltic states by 2027. ‘I have no idea why Ukrainian officials would say something like that. It’s just not true.’”
Komentarz pani minister odnosi się bezpośrednio do wypowiedzi Kiryła Budanowa (byłego szefa GUR – Głównego Zarządu Wywiadu Ministerstwa Obrony Ukrainy) z grudnia 2025 roku. W wywiadzie dla „Ukraińskiej Prawdy” Budanow dopuścił możliwość, że Rosja może być gotowa do okupacji państw bałtyckich już w 2027 roku.
Wczoraj świat obiegła sensacyjna wiadomość: ukraińskie drony „spadły” na terytorium Łotwy i Estonii. Jeden walnął w komin elektrowni Auvere pod Narwą, drugi eksplodował w Krasławie. Stray drones? Owszem – zbłąkane podczas potężnego uderzenia na rosyjskie cele.
Bo w tym samym czasie ukraińskie drony dosłownie podpaliły port i rafinerię pod Petersburgiem. Primorsk i Ust-Luga – największe bałtyckie węzły eksportu ropy – płoną. Rosja straciła 40 proc. zdolności eksportu ropy (dwa miliony baryłek dziennie). Ładunki wstrzymane, pożary szaleją, dym widoczny po drugiej stronie Bałtyku.
Ironicznie, że akurat teraz, gdy ukraińscy eksperci od tygodni straszą świat „nieuchronnym rosyjskim atakiem na Łotwe i Estonie”, ich własne drony „odwiedzają” Estonię i Łotwę.
Warto stwierdzić, że był to klasyczny friendly fire– przypadkowy ostrzał własnych lub sojuszniczych sił, wynikający z błędów identyfikacji, słabej komunikacji i mgły wojny.
Mimo zbrojeń i rzeczywistego zagrożenia ze strony Rosji, państwa wschodniej flanki NATO nie są w pełni przygotowane do realnej wojny. Cały czas lawirują, udając, że zagrożenie istnieje, ale nie jest aż tak poważne, jak twierdzą Ukraińcy.
Ukraina natomiast czasami przesadza z propagandą i nie zawsze jest w stanie nieformalnie przekazać sojusznikom informacji o tym, co przygotowuje.
Mgła wojny działa w obie strony – czasami możemy przechytrzyć samych siebie. Warto pamiętać, że to Ukraina toczy rzeczywistą wojnę i to dla niej zagrożenie ma charakter egzystencjalny
Eugeniusz Bilonozko

